POMYSŁ Powiedz, dlaczego właśnie Nepal..., jak wpadłaś na ten pomysł? Sylwia P.: Miał być Tybet, który zawsze mnie fascynował, który był i jest nadal moim największym marzeniem oraz wyzwaniem. Jednak po przeczytaniu wielu książek i rozmaitych recenzji na temat Nepalu zdecydowałam się na 21 dniową wędrówkę jednym z najpiękniejszych szlaków w Himalajach. Jak zareagowała Twoja rodzina i bliscy na Twój pomysł zdobycia Thorong La? Czy nie chcieli jechać z Tobą? Sylwia P.: Najpierw był sprzeciw i protest ze strony rodziny. Mój syn skwitował to jednym zdaniem: „Mamo daj sobie spokój z Himalajami, dla Ciebie to są Tatry wystarczające.” A wspólna wyprawa nie wchodziła w grę ze względu na termin wyjazdu. Jakie emocje budziła w Tobie ta wyprawa? Czy było coś, czego się przed wyprawą najbardziej obawiałaś? No i oczywiście na co się najbardziej cieszyłaś? Sylwia P.: Dla mnie każda wyprawa, obojętnie czy to droga Św. Jakuba w Hiszpanii, czy Tatry w Polsce są wielkim przeżyciem. Prawdziwym szczęściem i luksusem dla mnie jest mieć sporo wolnego czasu i poświęcić go na wędrówkę z plecakiem po świecie. To mnie zawsze cieszy. Oczywiście miałam obawy: obce państwo, obcy, nie znany mi język nepalski, obcy ludzie i świadomość, że ze względów zdrowotnych będę może musiała przerwać moją wyprawę. PRZYGOTOWANIE Jak długo i w jaki sposób przygotowywałaś się do tej wyprawy ? Sylwia P.: Hartowałam się podczas wędrówek. Najpierw były Tatry przez które przegonił mnie szwagier w ciągu kilku dni, potem 13 dni wędrówki z mężem przez Alpy z Chamonix we Francji do Zermattu w Szwajcarii gdzie niejednokrotnie przekroczyłam granice mojej wytrzymałości fizycznej. Dodatkowo starałam się codziennie biegać i spędzać trochę czasu w siłowni. Również 90 km-we wyprawy rowerowe, które były pomysłem mojego męża wpłynęły bardzo korzystnie na moją kondycję. Równocześnie mojej koleżance Ewie udało się namówić mnie na pływanie. To był opis kondycyjnego przygotowania ciała, a co z duchem, czy w jakiś szczególny sposób przygotowywałaś się mentalnie, duchowo poprzez np. medytacje, ćwiczenia oddechu, itp...? Sylwia P.: Mentalnie...nie, ale brałam udział w paru lekcjach Jogi gdzie pokazano nam np. ćwiczenia oddechu, jednak nie nie wykorzystałam tego później w praktyce. Czy przed tego typu wyprawą są potrzebne jakieś konsultacje lekarskie, jeżeli tak to jakie? Sylwia P.: Raczej tak. Przeszłam ogólne badania lekarskie typu: badanie krwi, ciśnienia, do tego EKG z obciążeniem, wizyta u laryngologa i dentysty. Najważniejsze są jednak szczepienia. Ku radości mego męża dostałam receptę na Viagrę!!! to nie żart, Viagra jest stosowana przez alpinistów jako antidotum przeciwko chorobie wysokościowej. Taka wyprawa wymagała też z pewnością przygotowania „zaplecza” technicznego – co było w tym wszystkim najważniejsze i czego nie mogło zabraknąć w Twoim plecaku? Sylwia P.: Podstawą są oczywiście dobre, rozchodzone buty, nie powinno również brakować puchowego, ciepłego śpiwora, ciepłej i przystosowanej do tych warunków wysokiej jakości odzieży wyczynowo-sportowej, nie tylko chroniącej przed wiatrem, śniegiem, deszczem ale także i przed słońcem czyli: okularów przeciwsłonecznych, kremu przeciwsłonecznego z wysokim faktorem minimum 40. Oprócz tego trzeba mieć koniecznie ze sobą ciepłe nakrycie głowy i zegarek z wysokościomierzem, oraz latarkę i termos. Warto zabrać kilka energetycznych batoników, choć te zamarzły mi na wysokości 5416 m. A! Niemal zapomniałam, podręczna apteczka z lekarstwami jest także jedną z ważniejszych rzeczy, w które należy się wyposażyć. Jaka temperatura panuje na wysokości 5415m? Czy na tej wysokości są już wskazane jakieś urządzenia dotleniające, czy też można się bez nich obejść? Sylwia P.: Nie mam pojęcia jaka była wtedy dokładnie temperatura ale z pewnością poniżej -10°C, na dodatek wiał bardzo zimny i porywisty wiatr .Ten przejmujący ziąb i obniżona zawartość tlenu w powietrzu powoduje bardzo szybkie obniżenie temperatury ciała, ogólne zmęczenie i wyczerpanie, co dodatkowo sprawia, że marsz jest powolny (co kilkanaście minut stawaliśmy i odpoczywaliśmy). Można się obejść bez butli na tej wysokości i nie jest ona niezbędna, chyba ze się już ma klasyczne objawy ostrego niedotlenienia tzn .obrzęk płuc lub obrzęk mózgu. Pierwsze objawy choroby wysokościowej z reguły u 25% osób pojawiają się już na wysokości 2500 m, u 75% osób występują jednak dopiero powyżej 4500m.n.p.m. Charakteryzuje ja początkowy wzrost tętna i ciśnienia krwi, co jest reakcją samoobronną organizmu na zmniejszoną zawartość tlenu w powietrzu. Później dochodzi do tego osłabienie serca i spadek ciśnienia krwi, co może doprowadzić nawet do omdlenia. Dodatkowymi objawami mogą być również halucynacje, brak koordynacji ruchowej, silne bóle głowy, kaszel, nudności… Aklimatyzacja jest rzeczą bardzo indywidualną każdego organizmu. A z jakimi kosztami i wydatkami, należy się w przypadku takiej wyprawy liczyć: przelot, wyżywienie, opłacenie przewodnika i... ? Sylwia P.: Koszty wahają się w granicach od 3500 do 5000 tys. euro. Najdroższy jest przelot samolotem - od 1200 do 3500 euro .Przewodnik z licencją pobiera opłatę w wysokości od 16 do 20 euro za jeden dzień, do tego tragarze od 6 do 10 euro. Wyżywienie jest stosunkowo tanie ok. 2-5 euro za posiłek. Nocleg w zależności od gościńca w granicach od 4-8 euro na trasie, w hotelach w Katmandu cena wzrasta już do 25 euro i wyżej. Dochodzą do tego: opłaty za korzystanie z Parku Narodowego tzw. permit następnie koszty wizy, opłaty na lotnisku itp. Kosztowne jest także wykupienie polisy ubezpieczeniowej w razie choroby czy ewakuacji droga lotnicza. Czy zdobyłaś wcześniej inne, podobne szczyty lub brałaś już może udział w jakichś wyprawach wysokogórskich z których mogłabyś czerpać doświadczenie? Sylwia P.: Jak juz wcześniej mówiłam chodziłam trochę po Alpach , Tatrach i górach w Hiszpanii. W Alpach parokrotnie przechodziliśmy przez przełęcze na wysokości 2600 - 2800 m oraz podchodziłam pod Matterhorn na 3200 m. Czy samodzielnie organizowałaś tę wyprawę, czy też ktoś Ci w tym pomagał, np, jakaś organizacja turystyczna, biuro podróży...? Sylwia P.: Wszystko od początku do końca organizowałam sama, ściągając różne informacje z internetu. Na przewodnika Prema zdecydowałam się po przeczytaniu książki o nim. Zdradzisz naszym czytelnikom tytuł tej książki? Sylwia P.: Chodzi o „Rund um die Annapurna. Nepal-Trekking meines Lebens” autorstwa K.Voigt WYPRAWA Co czułaś jak doleciałaś na miejsce i opuściłaś lotnisko, czy byłaś nadal pewna i 100% przekonana że chcesz nadal kontynuować tą wyprawę? Sylwia P.: Czułam przede wszystkim bolesny ucisk w dołku. Strach ściskał mi gardlo. Szok kulturowy. Pierwsze słowo które przyszło mi na myśl to „SHIT!”. Ale nie było czasu na dalsze rozmyślania i czy na rozczulanie się nad sobą. Decyzja została podjęta przecież już dużo wcześniej. Jak długo trwała cała wyprawa oraz jak wyglądało zdobywanie szczytu? Opowiedz nam o najciekawszych swoich przeżyciach. Sylwia P.: Cala wyprawa trwała miesiąc, z tego 21 dni wędrówki po górach związanej z wieloma przygodami, przeżyciami i emocjami. Każdy dzień był dla mnie nowym wyzwaniem. Poranne mycie w lodowatej wodzie, nieprzespane noce z powodu rozrzedzonego powietrza czy ujadających psów. Zimno maksymalnie wyczerpujące organizm. Ale nagrodą za to wszystko były dla mnie oszałamiające widoki najwyższych gór na świecie, rwących potoków i pól ryżowych. Przepiękne gompy i modły mnichów. Wspólne biesiadowania przy jednym rozpalonym piecyku, rozmowy z tubylcami i porterami. Tańce przy świecach i śpiewie. Ale były także napotykane na drodze wygłodniale i okaleczone zwierzęta i biedni wieśniacy. Dzieci umorusane, bez butów, proszące o cukierek lub grosik lub idące do szkoły z nieodłącznym Namaste. A człowiekowi chciało się płakać ze wzruszenia. Była w tym wszystkim jakaś taka wolność, świeżość. W górze błękitne niebo, w dole płynące wartko rzeki, kołyszące się magiczne mosty, naokoło wysokie ośnieżone góry błyszczące w słońcu i wiatr który rozdmuchuje jego promienie. Znowu sie rozklejam... A miało być tak twardo, po męsku… To co mówisz robi ogromne wrażenie… wiele w tym uczuć i emocji, głęboko to wszystko przeżywasz… Sylwia P.: Bardzo żal mi było tych wszystkich zwierząt, kóz, osłów, jaków, ptaków i psów. Będąc w Katmandu spotkałam hindusa z mnóstwem ptaków w klatce. Odkupiłam od niego kilka za 15 euro i wypuściłam na wolność. Facet był bardzo zdezorientowany i chyba trochę zły. Ale uważam, że lepsza śmierć na wolności niż życie w niewoli…Inny problem to psy. W dzień śpią, a nocami baraszkują. Jest ich mnóstwo. Wychudzone, okaleczone i chore. Włóczą się po śmietniskach takie szkielety że aż w gardle ściska. Najchętniej człowiek przygarnął by wszystkie… Czasami udało mi się podkraść w hotelu parę plastrów sera czy suchą bułkę. Ale nie sposób nakarmić setki psów dwoma bułkami. No a schronisk dla zwierząt niestety w Nepalu brak. Wielka szkoda. Jakie warunki klimatyczne miałaś podczas wyprawy? Sylwia P.: Z pogodą miałam dużo szczęścia. 21 dni świeciło słońce. Ranki były bardzo rześkie i wietrzne, wieczory strasznie chłodne, zakładaliśmy czasami kurtki puchowe. Temperatura w pokojach spadała do zera, a na zewnątrz w wyższych partiach gór była minusowa temperatura. Natomiast w ciągu dnia można było do wysokości 4000 m chodzić w podkoszulku, wyżej leżał śnieg i było zimno, woda zamarzała w butelkach. Osobiście widziałam osobę z odmrożeniami na palcach dłoni. Najtrudniej było podczas podejścia pod Thorong La. Miałam na sobie kilka warstw swetrów polarowych i trzy pary rękawic, a pomimo to ręce miałam skostniale i strasznie zmarzłam. Brakowało sił iść pod wiatr w ślimaczym tempie. Ale miałam wielkie szczęście, że nie było zwałów śniegu i droga była przystępna. Na co trzeba było zwrócić największą uwagę podczas zdobywania szczytu, co było najważniejsze? (dieta, prowiant…?) Sylwia P.: Na samopoczucie. Choroba wysokościowa nie jest żartem i może zakończyć się nawet śmiercią. Dobra aklimatyzacja jest podstawa oraz picie dużej ilości wody nawet do 5 litrów dziennie. Różnice w pokonywaniu wysokości (mowa tu o noclegach) nie powinny przekraczać dziennie więcej jak 300-500 m.n.p.m. Od 4000 m wskazane są ponadto dodatkowo dni aklimatyzacji.Nie stosowałam podczas wyprawy specjalnej diety ale starałam się jeść dużo węglowodanów (ryż lub makaron z dużą ilością warzyw, czosnku i chili) .Regionalną potrawą jest „daal bhaat” (ryż z soczewicą, fasolą, grochem i innymi ostro przyprawionymi zielskami(Achar)). „Momo” - pyszne pierogi nadziewane warzywami lub mięsem były moim ulubionym przysmakiem. Popularna herbata to „Chai” - słodka herbata z mlekiem lub herbata imbirowo -cytrynowa. Pychota. Czy było coś, co wywarło na Tobie wyjątkowo duże wrażenie? Sylwia P.: Kiedy stałam na szczycie Thorong La na wysokości 5416 i zawieszałam tybetańskie flagi modlitewne, ze szczęścia popłynęły łezki.. Przeciez stałam na dachu świata! może nie tym najwyższym szczycie ale dla mnie najważniejszym. No i gratulacje od Prema, Gowindy i innych alpinistów uczestników wyprawy którym się udało. Miejscowi ludzie, mieszkańcy wioski, opowiedz nam coś o nich... Miałaś z nimi kontakt? Sylwia P.: Oczywiście że miałam. Kiedyś po drodze spotkaliśmy starszą panią. Pomarszczoną na twarzy ze zwichnięta ręką jarała maryśkę! Wyglądała jakby chciała zatrzymać czas w miejscu bo wzrok miała taki rozmyty. Zastanawiałam się skąd ma pieniądze na fajki. Prem znał ją bardzo dobrze. Opowiadał ze marihuana rośnie sobie tu na polach (oj jaki piękny ten kraj) a ona ją pali żeby zapomnieć o bólu zwichniętej ręki. Na lekarza i leki nie było ją stać. Zresztą najbliższy lekarz znajduje się w miasteczku oddalonym o 5 dni pieszej wędrówki. Innym razem siedzieliśmy sobie beztrosko w słoneczku na ławeczce wygrzewając się w słońcu jak koty. Podszedł facet z małym dzieckiem na reku, poparzonym aż do krwi i z otwartą głęboką raną. Błagał o pomoc. Oczywiście służyliśmy pomocą razem z pewnym Anglikiem. Mieliśmy dobrze zaopatrzoną apteczkę z której skorzystali też inni. Nie wiem jakby skończył się ten dramat, bo przecież w okolicach nie było żadnej pomocy lekarskiej, a jedyna apteka, którą widziałam była w Katmandu. Opowiadając o Nepalczykach powinnam koniecznie opisać ich zwyczaje. Nikt nie używa tu chusteczek do nosa, wszyscy odchrząkują od serca i sru!, plują gdzie popadnie. Nawet eleganckie panie i panowie. Więc nie miałam żadnych skrupułów jak skończyły się moje chusteczki…
Toalety to z reguły dziura w ziemi lub betonie, alternatywa polskiej latryny harcerskiej. Obok stoją wiaderka: jedno z wodą do podmywania (europejski bidet) a drugie wiaderko jest dla turystów na papier toaletowy przywieziony np. z Niemiec. W pomieszczeniach są małe otwory - okienka na wysokości ok.1,50 m. Nepalczycy są niscy więc dla nich to żaden problem. Problem mieli turyści o wzroście 1,70. Mogłeś zobaczyć w całej okazałości d... Więc do toalety wchodziłam i wychodziłam w pozycji pochylonej. Od Muktinath były juz toalety europejskie, super sprawa. Inna rzecz to umywalki. Ucieszona widokiem takiej jednej (która nie widziała środków czyszczących od wieków) postanowiłam zrobić małe pranie, rozpoczynając od toalety wieczornej tzn .mycia zębów. Niestety radość prysła jak bańka mydlana, cala spieniona pasta do zębów z wodą wypłynęła dołem i znalazła się na moich butach… A jak bawią się tam małe dzieci, jak wyglądają szkoły, czy widziałaś jakieś organizacje które pomagają na miejscu? Sylwia P.: Małe dzieci bawią się patykami, kamieniami i zwierzętami. Większość z nich musi bardzo wcześnie pomagać w pracach domowych, zajmować się młodszym rodzeństwem oraz pomagać w polu. Młodzież gra w piłkę nożną, siatkówkę lub carrom (połączenie bilarda z warcabami). Chłopcy bardzo wcześnie zarabiają pieniądze pracując jako tragarze. Natomiast dziewczynki w górach i na wsiach już w wieku 13-15 lat wychodzą za mąż. Szkoły widziałam tylko dwie ale nie od środka. W biednych częściach kraju brakuje szkół. 600.000 dzieci nigdy nie brało udziału w lekcjach. Często też z powodów finansowych. 5 euro kosztuje tornister z ośmioma zeszytami, ołówkami i innymi pomocami szkolnymi.
Co do organizacji charytatywnej to miałam przyjemność poznać osobiście założycieli Mountain Spirit Deutschland e.V -Nime i Wolfganga Henzlera. Polecam ich stronę internetową: www.mountainspirit-deutschland.de. Każda pomoc się liczy! Czy zawarłaś jakieś przyjacielskie kontakty na przyszłość? Sylwia P.: Nepalczycy są bardzo przyjacielskim narodem. A ja miałam dodatkowo szczęście wędrować razem z wykształconym i inteligentnym przewodnikiem górskim Premem oraz tragarzem Govinda, z którymi nadal koresponduje i bardzo miło wspominam wspólnie przeżyte chwile. Np. nauczanie języka polskiego: „ w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie” :0)… Dzięki Premowi poznałam paru miejscowych, którzy byli zawsze mili i bardzo pomocni. No i nie mogę pominąć tu rodziny Prema i Govindy. Z wielka radością przyjęłam zaproszenie zarówno Prema jak i Gowindy i ich żon do domu na obiad połączony z tańcami i śpiewem. W Kathmandu poznałam też Nime - właściciela biura podróży, natomast w Bhaktapur spotkałam przewodnika Palden Lama. Obaj perfekcyjnie opanowali nie tylko język angielski ale ku mojej radości mówili też świetnie po niemiecku.
Interesuje mnie szlak wędrówki, jej długość, czy jest coś szczególnego o trasie co trzeba wiedzieć przed wyprawą? Sylwia P.: Długość szlaku szacowana jest na ok.230 km. Może być nieco dłuższa jeśli odbijając od szlaku głównego robi się wypady np. do Ice Lake w celu aklimatyzacji. Ciekawe jest to, że według wiary buddyjskiej powinno się zacząć wyprawę w zgodnie z ruchem zegara, turyści wybierają jednak odwrotny kierunek, a to dlatego, że podejście jest dłuższe i ma się wtedy więcej czasu na zaaklimatyzowanie organizmu i przygotowanie go do dużych wysokości.Przed wyprawą należy się koniecznie skonsultować z lekarzem, i poinformować się dokładnie o wszystkim co dotyczy choroby wysokościowej (np objawy, zapobieganie itp). Warto wspomagać się literaturą tematyczną, polecam np. książkę pt. „Höhenanpassung” Bruckmann Basic. Warto zorientować się jaka jest sytuacja polityczna w danym w kraju, dowiedzieć się możliwie dużo i o kulturze i o ludziach. Nie zapominajmy, że Nepal jest państwem należącym (pod względem statystycznym) do najbiedniejszych w świecie. Podróż do tego kraju to jak cofnięcie się w czasie. Na wyjazd polecam zabrać ze sobą również przewodnik książkowy np.Iris Kürschner Nepal: Annapurna (OUTDOOR).Cytat H.E.Lloyd„Ehe wir andere Länder besuchen, sollten wir uns wohl überzeugen, dass jede Nation ihre besonderen Eigenschaften hat, durch welche sie unsere Achtung verdient .” Ja jeszcze przed wyjazdem rozplanowałam sobie dokładnie całą trasę, wypisując poszczególne miejscowości wraz z wysokościami na jakich są położone. A także wszystkie zabytki i miejsca które warto zwiedzić po drodze (także w Katmandu i w Pokarze). Oprócz tego zanotowałam adres i numer telefonu do Ambasady Niemieckiej w Nepalu, do której wysłałam przed wyjazdem kopie mojego paszportu i wizy wjazdowej, oraz kopię polisy ubezpieczeniowej. Jeszcze w Niemczech wymieniłam trochę euro na rupie by mieć na drobne wydatki np. na taksówkę. Czy przewodnik Prem, którego tam wynajęłaś, towarzyszył Ci również podczas wędrówek po mieście? Sylwia P.: Tylko w Pokharze i okolicach. W Bhaktapur towarzyszyl mi Palden Lama, a Kathmandu zwiedzałam już sama. Czy opłaty, które musiałaś dokonać, były robione w euro, czy w innej walucie? Posługiwałaś się jedynie gotówką czy też na szlaku były bankomaty :0)))…. Sylwia P.: Wszystkie opłaty były dokonywane w rupiach – walucie nepalskiej. 1 euro to około 95 nepalskich rupii. Na szlaku kantorów niestety nie było :0) trzeba się więc było wcześniej zaopatrzyć w odpowiednią ilość gotówki. Automaty były do dyspozycji w Katmandu, Pokhara i Jomsom. Czy byłaś zadowolona z przebiegu wyprawy, czy wszystko szło po Twojej myśli? Sylwia P.: Byłam z wyprawy i jej całego przebiegu bardzo zadowolona. Od pierwszego dnia aż do dnia zakończenia wyprawy nie miałam nawet cienia wątpliwości ze była to jedna z wielu właściwie podjętych decyzji w moim życiu. Różnica między pierwszym a ostatnim dniem wyprawy? Jakie uczucia Ci towarzyszyły? Sylwia P.: Bogatsza o nowe przeżycia. Wspaniale widoki, które do tej pory mam przed oczami: atramentowe gwiaździste niebo i ośnieżone najwyższe szczyty gor: Annapurna I-IV Machhapuchre, Dhaulagiri, Nilgiri zapierały wszystkim dech w piersi i wprawiały wszystkich w wielka euforie.Po zakończonym trekkingu czułam się dziwnie pusta i zrezygnowana. Było mi bardzo żal że wędrówka dobiegła już końca a do tego doszło jeszcze rozstanie z ludźmi z którymi się bardzo zżyłam… REFLEKSJE Zdobyłaś Thorong La – 5416m – i co dalej, jakieś plany na następną wyprawę? Sylwia P.: Oczywiście że są plany! Tybet, Everest Base Camp, Alaska, Południowa Ameryka z Ewą no i latem polskie Bieszczady. Co znaczy Thorong La, czy mozna to przetlumaczyc? Sylwia P.: Thorong La znaczy Donnerpass, tłumacząc na język polski przełęcz piorunów. Jakie to było uczucie spoglądając z takiej wysokości na świat? Czy nie ma się wrażenia, że codzienność to tylko złudzenie i pogoń za niczym a w rzeczywistości liczy się tylko „tu, teraz i dziś”? Sylwia P.: hmmm, zaskoczę Cię - będąc na takiej wysokości nie spoglądasz w dół tylko w górę. Jak to kiedyś pięknie powiedział Jan Paweł II „Góry są wyzwaniem, prowokują istotę ludzką do wysiłku, przezwyciężania samych siebie, są zachętą by wznosić się coraz wyżej ku Bogu.”I nie ma nic piękniejszego jak po wielkich trudach stać sobie tak beztrosko na szczycie z dala od cywilizacji, na łonie natury.......i cieszyć się tą chwila. O SOBIE Na zakończenie powiedz nam w skrócie coś o sobie..., Sylwia P.: Co ja mam tutaj napisać?... o podróżach mogę mówić godzinami ale o sobie?... Jestem żoną i matka dwójki dorosłych dzieci. Mam psa i kocham góry. Za trzy lata skończę 50-kę i mam jeszcze wiele planów na przyszłość. Rozmiar buta 38,5,o wadze nie piszę bo to wrażliwy punkt.W Münster mieszkam od dwóch lat w Niemczech od 20. Uwielbiam spacery, podróże i.....od niedawna Jogę. I….nie mogę się doczekać następnego wyjazdu w góry. Twoje motto życiowe lub ulubiony cytat? Sylwia P.: Gib jedem Tag die Chance,der schönstedeines Lebens zu werden. Mark Twain Chciałabym jeszcze skorzystać z okazji i podziękować mojemu mężowi za sfinansowanie mojej wyprawy, podtrzymywaniu mnie na duchu i za wiarę w mój sukces, moim dzieciom oraz rodzinie za pomoc i wytrwałość w wysłuchiwaniu moich ciągłych opowieści o Himalajach. A także moim bliskim oraz znajomym, jak i wszystkim koleżankom z Münster i Senden za trzymanie za mnie kciuków. Dhanyabaad – co znaczy: Dziękuję.Namaste Za wywiad dziękuje: Henrik Knopp
|
|
|