Iwo Bohr - doktor nauk biologicznych. Henrik: Iwo Bohr – masz „nietypowe” imię i nazwisko, czy to jest Twój pseudonim, czy naprawdę tak się nazywasz? Iwo: Tak, to mój pseudonim twórczy, co prawda nie wiem, co miałbym tworzyć, ale przynajmniej mam pseudonim... Nie, oczywiście żartuję,
to jest moje prawdziwe imię i jak najbardziej prawdziwe nazwisko. Muszę przyznać, że bardzo często budzące dużo zdziwienia. Imię to jest wyrazem fantazji mojej Mamy. Po prostu usłyszała je gdzieś i jej się spodobało. Jest to imię południowo-słowiańskie, ale z polską pisownią, a nazwisko mam jednoznacznie germańskie, ja jednak jestem Polakiem, choć niewątpliwie czuję się też Europejczykiem ciekawym swiata, innych nacji, tak, więc może dobrze, że mam takie „międzynarodowe” imię i nazwisko, aha, jeszcze mam drugie imię: tym razem czysto polskie: Jerzy, chociaż figuruje ono głównie w moim paszporcie i nie używam go na co dzień. Henrik: Co sprowadziło Ciebie do Münster? Iwo: za chlebem się tu zjawiłem , a dokładnie rzecz biorąc, stało się tak, jak to często bywa w życiu naukowca krótko po doktoracie – poszukiwanie stażu po-doktorskiego. Na Zachodzie to norma, (choć nie tak często w Niemczech jak sądziłem). Po doktoracie powinno się spędzić jakiś czas w różnych placówkach naukowych na świecie, zanim zaczniesz samodzielną karierę naukową. Nierzadko trafia się do jakiejś placówki w pewnym sensie z przypadku. Różne instytucje ogłaszają w Internecie wakaty dla owych post-doków (stażystów po- doktorskich). Wysyłałem podania w odpowiedzi na różne oferty stażu, w końcu w wyniku splotu różnych czynników trafiłem do Uniwersyteckiej Kliniki w Münster. Zachęcającą rzeczą, jeśli chodzi o tą pozycję był fakt, że ogłaszany projekt był częścią całkiem sporej i ciekawie opisanej sieci sponorowanej przez Unię Europejską w ramach szerszego programu, któremu patronuje nasza rodaczka Maria Curie-Skłodowska (Marie Curie mobility program). Na marginesie, mało kto, nawet z uczestników programu, orientuje się, jaka była narodowość owej Marie Curie . Główna idea takiej sieci to zachęcanie młodych naukowców, (do których wciąż jestem formalnie zaliczany) do mobilności – podróżowania w ramach sieci i poza nią, poznawania różnych ośrodków w celu zdobywania doswiadczenia i uczenia się. Do Münster przeniosłem się z Anglii, gdzie odbyłem mój pierwszy staż podoktorski. I tu mała ciekawostka: do wnioskowania o pozycję w Niemczech zachęcała mnie moja koleżanka (też na post-doku), która jest Rosjanką z Ukrainy, a doktorat robiła w Niemczech, natomiast teraz kontynuuje ona swoją dalszą karierę naukową w Anglii – ot taka dobra ilustracja, jak bardzo miedzynarodowo wymieszana jest nauka... Henrik: Gdzie dokładnie mieszkałeś w Anglii i jak długo? Iwo: Miejsce, w którym mieszkałem znajduje się na północno-wschodnim krańcu Anglii i nazywa się Newcastle upon Tyne. Wiele osób kojarzy je głównie z pierwszoligowym klubem futbolowym. Tymczasem jest to też dynamicznie się rozwijający ośrodek naukowy. Czy już pierwszoligowy? Trudno powiedzieć, na pewno aspirujący do tego miana i w kilku dziedzinach z pewnością je osiągający – takich jak na przykład genetyka człowieka.
Henrik: Na czym polegał Twój projekt nad którym pracowaleś w Münster? Iwo: Głównie interesuję się funkcjonowaniem mózgu, w szczególności jednak jego zaburzeniami związanymi ze starzeniem się. W Newcastle zajmowałem się neurochemią mózgu w różnych demencjach (używałem do tego celu tkanki mózgowej dokładnie pobranej pośmiertnie). Tutaj, tzn. w Uniwersyteckich Klinikach w Münster „zaglądałem” do żywego mózgu, używając techniki rezonansu magnetcznego. Bardzo pożyteczne narzędzie dające wgląd w wiele strukturalych i czynnościowych aspektów mózgu. Jednocześnie jest to bardzo skomplkowana technika wymagajaca wiele praktyki i uczenia się, trochę mi zabrakło przewodnika w tym trudnym obszarze, mimo że w ramach sieci odbyłem krótką praktykę w innym ośrodku. Czegoś się jednak nauczyłem. Celem projektu, w którym byłem zaangażowany było określenie kondycji mózgu i jego funkcji w starzeniu się, w tym przypadku wśród niecierpiącej na żadne demencje populacji. Chodziło o to, jakie czynniki (genetyczne i środowiskowe: dieta, tryb życia, wykształcenie itp.) sprzyjają zdrowemu starzeniu się, a które maja wręcz przeciwne skutki. Korzyści dla społeczeństwa? Myślę, że teoretycznie są one jasne, – co należy robić i czego unikać, żeby jak najdłużej zachować dobrą kondyncję umysłową, jestem przekonany, że to bardzo ważne dla społeczeństwa. Henrik: Czy jesteś zadowolony z przebiegu projektu w Münster? Iwo: Odpowiedz krótka brzmi: „nie”. Niestety, bo wiązałem pewne nadzieje z tym stażem. Nie mogę zaprzeczyć, że były jednak pewne korzysci, czegoś nowego, niewatpliwie się nauczylem, nabrałem pewnych doświadczeń, brakuje jednak tego, co w nauce jest uważane za najlepszy miernik postępu w badaniach – publikacji. Nie wiem, na ile moja sytuacja jest reprezentatywna dla innych placówek w Münster, ale miejsce gdzie pracowalem, wydaje się być nie przygotowane do poważniejszej międzynarodowej współpracy, wymiany i uczestnictwa w ważniejszych europejskich projektach. Odsetek badaczy zza granicy jest minimalny, są trudności z komunikacją w języku angielskim wśród niektórych pracowników administracyjnych (nawet na ważnych stanowiskach!), no i chyba największa bolaczka: biurokracja, biurokracja bez miary, na którą narzekają nawet lokalni ludzie, a proszę sobie wyobrazić człowieka, takiego jak ja, znającego język niemiecki w stopniu minimalnym - tony papierów do wypełnienia i wszystko po niemiecku.... Całe szczęście w nieszczęściu, że trafiłem na życzliwych kolegów w pracy, którzy bardzo mi pomogli. Coż, mówiąc krótko, takie podejście przypominało mi nieco akademię w Kielcach (z całym szacunkiem dla tego miejsca), a nie poważną placówkę naukową w zachodnim kraju. Inna rzecz, wiem, że uniwersytety w Niemczech są generalnie rzecz biorąc w kryzysie, z czego elity kraju zdają sobie sprawę i próbują wprowadzać pewne reformy. Jedną z koniecznych zmian jest otwarcie nauki uniwersytckiej na świat, bez tego nie będzie sukcesu. Na koniec, żeby nie zostawiać zbyt negatywnego wrażenia - kilka zdań jeszcze. Wiem od moich kolegów (z kursu języka niemieckiego organizowanego przez uniwerek), że nie wszędzie jest tak prowincjonalnie. Myślę, że szczególnie placówki takie jak Max Planck Insitut prezentują wyższy poziom. Poza tym wiem, że są pewnie bardziej międzynarodowe wydziały w murach uniwerku, gdzie sprowadza się nawet ludzi zza granicy, by obejmowali kierownicze stanowiska, tak więc może ogólny obraz nie jest taki zły, chociaż z tego co wiem, inni też narzekają na nadmiernie rozrośniętą biurokracje... z tym będzie trzeba stoczyć jeszcze nie jedną walkę... Henrik: Co dalej po ukończeniu projektu? Iwo: Jadę z powrotem do Anglii, by nabywać nowych kwalifikacji. Po moich wszystkich przygodach po-doktorskich doszedłem do wniosku, że tego najbardziej mi brakuje (sa to kwalifikacje także przydatne dla analizy obrazów rezonansu magnetycznego). Będę studiować na rocznym kursie magisterskim (MSc) z bioinformatyki. Obecnie jest to bardzo dynamicznie rozwijajaca się gałąź biologii. Jest to też doceniane tutaj, niedawno powstał na miejscowym uniwerku Instytut Bioinformatyki Henrik: Pytanie odnośnie Twoich studiów – mianowicie, żeby prowadzić tego typu badania - co i gdzie należy studiować? Iwo: Studiować można wszędzie i pracować też, włączając w to Polskę. Nauka to naprawdę okno na śwat. Teraz Polska coraz bardziej wkracza do głównego krwioobiegu nauki europejskiej, czy nawet światowej, może jeszcze z tym otwarciem na świat nie jest najlepiej, ale to też się zmienia, chociaż sytuacja z językiem angielskim mogłaby się poprawić. Tutaj, tzn. na zachodzie żaden z naukowców, czy studentów nie ma z tym najmniejszych problemów, u nas ciągle jest z tym różnie, szczególnie wśród starszej kadry, mam nadzieję, że wśród młodszych jest znacznie lepiej. A wracając do pytania - studiowałem biologię w Toruniu, na Uniwesyecie Mikołaja Kopernika, tam też obroniłem doktorat. Wszystkie tytuly naukowe zdobyłem w Polsce i to wystarczy, żeby otworzyć drzwi do europejskich uniwersytetów, w niektórych przypadkach (znanych mi osobiście) nawet takich jak Oxford.
Henrik: To znaczy, jaki tytuł posiadasz? Iwo: Ufff, doktor nauk biologicznych. Henrik: Czy słyszałeś już wcześniej – zanim przyjechałeś do Münster coś o tym mieście, jeżeli tak, to co? Iwo: Nie wiedzialem absolutnie nic i gdy po raz pierwszy się tu wybierałem byłem bardzo ciekaw miasta i muszę przyznać, że moje pierwsze wrażenie, gdy przyjechałem na rozmowę kwalifikacyjną było badzo pozytywne. Zobaczylem nie za duże, ładne, pełne zieleni (i rowerów, ale to osobny temat) miasto, z przepiękną starówką. Henrik: Jakie wrażenie wywarło na Tobie tylu rowerzystów i czy posiadasz takowy rower – jakieś ciekawe relacje, spostrzeżenia? Iwo: Taak… rower powinien być chyba drugim herbem Münster . Zanim tu przyjechałem zrobiłem mały wywiad w Anglii wśród znajomych Niemców pracujacych tam naukowo, by się dowiedzieć czegoś na temat owego tajemniczego Münster – nie wiedzieli dużo na jego temat, ale jednak coś potrafili przekazać – „Münster to miasto rowerów..”. Na miejscu się przekonałem jak ogromną mieli rację. Uważam, że ten natłok rowerów (czasami może uciążliwy, ale można się przyzwyczaić) dodaje uroku miastu, szczególnie biorąc pod uwagę jego akademicki charakter. Moją jedną z pierwszych myśli było to, że są pewne podobieństwa pomiędzy Münster i Oksfordem, szczególnie, jeśli chodzi o ilość rowerów – w Oksfordzie rower też jest bardzo poularnym środkiem transportu, myślę, że te miasta mają wiele cech upodabniających się wzajemnie.Aczkolwiek sądzę, że główną przeszkodą dla Münster, żeby zmierzało w kierunku Oksfordu jest brak jego otwarcia się na świat. Ilu studentów w tym słynnym angielskim ośrodku jest Brytyjczykami? Nie tak wiele, podobnie jest z kadrą naukową. „Miedzynarodowy coctail umysłowy” jest naprawdę jedną z najważniejszych cech stanowiących o sile danego ośrodka naukowego. Taki mały przykład, w jaki sposób Münster zaprzepaszcza szanse: byłem tu w wielu muzeach i w żadnym z nich, absolutnie w żadnym nie było informacji w języku innym niż niemiecki, to naprawdę bardzo, albo prowincjonalne, albo niestety muszę to powiedzieć: aroganckie podejście,a szkoda, ... Nawet w moim niewielkim mieście w Polsce, niemalże w każdym muzeum są kilkujęzyczne opisy, i nie tylko (oprocz polskiego oczywiście) w języku angielskim, ale też w niemieckim (!) i francuskim. W Münster, gdzie ogólnie znajomość języka angielskiego jest wyższa niż w Polsce nie powinno z tym być żadnego problemu. Rozumiem dumę i przywiązanie do własnego języka (typowe nie tylko dla Niemcow, Francuzi maja podobne kompleksy - utraconej pozycji języka), ale uważam za totalnie nierealistyczne mniemanie, że jeśli wszystko będzie TYLKO po niemiecku, to zmusi się ludzi do używania tego języka, nawet tych, którzy go nie znają. Tymczasem moje doświadczenie obrazuje coś całkiem przeciwnego: przez takie podejście raczej się do niego zniechęci.Znowu żeby nie kończyć tej kwestii w zbyt negatywnym tonie: wydaje mi się, że Urząd Miasta podejmuje pewne wysilki by iść na rękę cudzoziemcom tu się osiedlającym: miłe wrażenie zrobiła na mnie broszura o wydziale ds. cudziemcow Urzędu Miejskiego, którą do mnie wysłano w jezyku... uwaga: poskim, chociaż angielski byłby już wystarczający.Wracając do rowerów: miasto jest rzeczywiscie przyjazne rowerom i rowerzystom, wszędzie łatwo można się dostać na swoich dwóch kółkach i co równie ważne, można w zasadzie wszędzie bezpiecznie zostawic ten pojazd, po paru godzinach bez drżenia serca wraca się na to samo miejsce, wiedząc, że Twój rower będzie na Ciebie czekał w niezniszczonym stanie. Słyszałem, ze zdarzają się sporadyczne kradzieże, ale wg. mnie to rzadkość. No i oczywiście - mnóstwo pięknych tras rowerowych i uprzejmi kierowcy (nie jak w Polsce np.) nie polujacy na Ciebie, ale grzecznie cię przepuszczający (znowu; wyjatki się zdarzają, ale naprawdę są to dość rzadkie sytuacje). Henrik: Czy masz jakieś ulubione miejsce w Münster? Iwo: O! Tylko jedno? Mam wiele takich miejsc. Wymienię tylko kilka z nich: Tak więc na początek oczywiście Promenada, czyli coś w rodzaju krakowskich czy toruńskich plantów, położonych wokół Starego Miasta na miejscu pradawnych umocnień z przepiękną aleją drzew wzdłuż niemal jej całego przebiegu tworzących tunel: na wiosne i w lecie zielony, w jesieni wielokolorowy, a zimą... Też piękny, nie mogę powiedziec biały, bo w zasadzie śniegu w Münster nie było mi dane zobaczyc. Całe Stare Miasto z piękną katedrą (Dom), kościołem Lamberta (Lambertikirche), z charakterystycznym ratuszem i mnóstwem uroczych kamieniczek, negatyw: troche za bardzo zapchane w każdą sobotę i do tego olbrzymie autobusy komunikacji miejskiej przeciskające się przez te tłumy w środku Starówki, wg. mnie to troche za dużo.Dalej: prawie całe okolice Münster z piękną przyrodą, jeziorkami, lasami, kościołami, kapliczkami i dworkami, a wszystko to w zasięgu... roweru... Czasami te krajobrazy przypominają Polskę, ale mają niewątpliwie ten swój jedyny, specyficzny urok. Henrik: Poza tym, co lubisz, a co Ci się nie podoba w Münster? Iwo: Małe, nie za duże miasto, mnóstwo zieleni, a co ważne jest bezpieczne. Z wieloma ośrodkami kultury, muzyki i sztuki, choć muszę się przyznać, że nie ze wszystkimi aspektami tego miasta udało mi się w pełni zapoznać. Jest też aspekt historyczny ważny dla Polaków: miasto to miało (niektórzy twierdzą, że ciągle ma) katolicko-konserwatywny charakter. Dzięki tego typu mentalności wielu tutejszych ludzi było nechętnych faszyzmowi. Miejscowy biskup – August von Galen miał tą odwagę otwarcie demonstrować swoją antynazistowską postawę, nawet podczas kazań. Do jego grobu w katedrze pielgrzymował kiedys nawet nasz papież Jan Paweł II... Henrik: Czy podczas pobytu w Münster zawarłeś jakieś przyjacielskie kontakty na przyszłość? Iwo: Myślę, że tak, taką mam przynajmniej nadzieję, i to wśród różnych ludzi, różnej narodowości. Henrik: Czy jesteś zadowolony z pobytu w Münster? Iwo: Miło było poznać miasto i spędzić dużo przyjemnych chwil (szczególnie na dwóch kółkach). Henrik: Z jakiego miasta w Polsce pochodzisz? Iwo: Toruń for ever Henrik: Czy tam się też urodziłeś? Iwo: Tak i tam większość mojego życia spędziłem, dopóki na europejskie szlaki nie ruszyłem, aha – te rymy częstochowskie to musi być jednak konsekwencja częstego przebywania w miejscu poetki Anety (patrz niżej). Henrik: Jak spędzasz wolny czas, kiedy nie pracujesz nad swoim projektem? Iwo: Wskakuję na rower i pędzę w jedno z przyjemnych miejsc z wyżej wspomnianych, szczególnie często do Haus Huelshof, urocze miejsce, a poza tym wspaniałe na niedzielne popołudnie, tylko ok. 30 min. pedałowania i już jestem w cudownym parku z pięknym dworkiem, no i można miło poleniuchować – jest pole z darmowymi leżakami – czytanie i leżenie na łonie natury – prawdziwa uczta! Nic dziwnego, że jest to miejsce, gdzie tworzyła wielka poetka niemiecka (Annettete von Droste-Huelshof), inspirujące otoczenie, aż się prosi, żeby samemu coś ładnego napisać... Cóż sławy Anette pod tym względem chyba jednak nie uda mi się uzyskać .
Henrik: Podoba się Tobie bardzej Münster czy Twoje rodzinne miasto w Polsce? Iwo: Oczywiście Toruń... Po prostu, dlatego, że jest moim rodzinnym miastem, a poza tym naprawdę jest piękny i każdy, kto tam by, może to potwierdzic...Starając się być bardziej obiektywny – myślę, że oba miasta są piękne, każde na swój sposób, choć z drugiej strony sporo je też łączy: są to miasta podobnej wielkości (nie są wielkie, ale tez i nie za małe) i są to miasta akademickie. Myślę, że uniwersytet jest ważnym elementem nadającym ton, charakter obydwu ośrodkom (życie studenckie i kulturalne), obydwa mają piękną starówkę w centrum i dużo zieleni wokół, niewątpliwie w Toruniu nie ma czegoś tak pięknego jak Promenada, ale jest dużo innych zielonych skwerków i parków. Starówka – w Münster mamy sporo gotyku, ale głównie w zachodniej francuskiej odmianie, w Toruniu mamy gotyk, ale... niemiecki, wschodnioniemiecki dokładniej rzecz biorąc. Co do nowszych budowli (secesja), to czasami mam wrażenie, że niektóre budynki zostały żywcem przeniesione z Torunia do Münster lub odwrotnie, cóż, to jeden ze śladów naszej poplątanej polsko-niemieckiej przeszłości (gdy powstawały te budynki Toruń należał do tego samego państwa co odległy Münster )...Długo można by ciągnąć te porównania, ale może tyle wystarczy, w końcu to miało być głównie o Münster a nie o Toruniu... Henrik: Twoje motto życiowe lub ulubiony cytat? Iwo: Hmmm... nigdy o tym nie myślałem szczerze mówiąc... . Jeśli coś muszę powiedzieć, to może odniosę się do mojego rodzinnego Torunia. Od przedszkola uczono nas rymowanki: „Wstrzymał Słońce, ruszył ziemię, polskie go wydało plemię” To oczywiście o najsławniejszym toruńczyku – Koperniku.Abstrahując od trudno rozstrzygalnych twierdzeń na temat narodowości wielkiego Astronoma uważam, że oddaje ona ważną prawdę: łamać zastane skostniałe schematy, nawet wstrzymując Słońce, gdy potrzebne , gdy fakty tak mowią, dla wielu ludzi jego czasów to była prawdziwa rewolucja.... Henrik: Co jest Twoim największym marzeniem i czym chciałbyś się w przyszłości zajmować? Iwo: Nie stracić tej ciekawości świata, która wciąż we mnie jakoś tkwi i która obecnie mnie pcha do podjęcia studiów (w moim wieku!) Henrik: Na koniec już ostatnie pytanie - czy można „zakochać się” w Münster? Iwo: Z pewnością tak, chociaż w moim przypadku, nie jest to tak silne uczucie jak Twoje Heniu, tak więc nie musisz być zazdrosny :-) Henrik: Dziękuję oraz życzę jeszcze dużo sukcesów na dalszej drodze zawodowej!
|
|